Piszę tę krótką, acz treściwą recenzję w konkretnym celu. Robię to dla wszystkich fanów Bruce'a Willisa. Otóż, moi drodzy, bardzo proszę - nie oglądajcie tego filmu. Niech Was nie zwiedzie nazwisko ulubieńca w obsadzie - naprawdę, nawet dla niego nie warto się tak poświęcać.
Na liście płac poza Bruce'm jest 50 Cent. Dla miłośników kina jest to sygnał ostrzegawczy, i wskazówka, jak wysokich lotów ,,dzieła" możemy się spodziewać. Niestety, przeczucie Was nie myli - Mokra robota to niskobudżetowy akcyjniak, pusty w środku niczym wydmuszka.
Złodziej Sonny (50 Cent) zostaje zdradzony przez partnera, Vincenta (Ryan Phillippe) po udanym napadzie na bank. Nasz czarnoskóry bohater zostaje postrzelony, a Vincent bierze forsę i odjeżdża w siną dal. Niestety, uciekinier nie wie, że w przeszłości 50 został dziewięciokrotnie postrzelony, więc pojedyncza kula to dla niego nawet nie rozgrzewka. Toteż Sonny wstaje i rozpoczyna poszukiwania byłego kumpla. Jak się okazuje, skradziona z banku forsa należała do mafiosy, Biggsa (Bruce Willis), więc Fifty tym bardziej musi na siebie uważać.
Sztampowe jest w tym filmie wszystko. Pal licho samą fabułę, najgorsi są tutaj płascy niczym kartki papieru bohaterowie. Pięćdziesiąty to złodziej, ale taki w sumie dobry chłopak (w trakcie napadu nie strzela do ludzi, ba! Krytykuje partnerów za tak brzydkie zachowanie), który między rozbojami przesiaduje w kościele, Bruce jest twardszy od najtwardszej skały i zawsze wyluzowany (gdy jego ludzie na jego oczach nieudolnie torturują, i w konsekwencji zabijają jakiegoś Rosjanina, mafioso ze swadą rozmawia z jednym z gangsterów o wczorajszym meczu. Prześmieszne!), itp.,itd.
Ciężko o Mokrej robocie napisać coś więcej. No, może że coś tam w tle gra, jest jakieś tło. Strzelaniny rozmachem nie powalają, podobnie pościgi samochodowe. Bida aż piszczy.
Fanom Bruce'a film już odradzałem, więc pora na resztę filmolubów - przestrzegam Was przed oglądaniem tej szmiry. Straćcie ten czas pożyteczniej, np. gapiąc się w sufit/ścianę.