Rak jelita grubego to najgorszy ze wszystkich możliwych raków. Gdy srasz, masz ochotę włożyć sobie w tyłek granat bez zawleczki i zakończyć marną egzystencję w świecie śmierdzącym ludzkim potem. Gdy resztki kebabu przesuwają się w środku brzucha w stronę wiecznie głodnego kibla, zastanawiasz się, czy ten krzywy Turas nie pomylił cebuli z pudełkiem żyletek. Jedyną przyjemnością w życiu jest picie, bo wychodzi inną stroną i nie trzeba siadać na odpadającej dupie, by się go pozbyć z organizmu. I od picia właśnie się zaczęło.
Jak inaczej zapomnieć o tym, że zostało kilka miesięcy obolałego życia? Nie zamierzałem zdychać w szpitalu z rurką w penisie i telewizorem na dwuzłotówki. Tylko wódeczka pozwalała mi przetrwać. W dzień piłem, w nocy wyłem z bólu. Pracę straciłem już dawno. Sprzedawałem sprzęt budowlany. Miałem służbowego focusa i komórkę. Wszystko poszło w cholerę. Żona czuła do mnie tylko obrzydzenie. Wiem, że zamieniała mi leki na zwykłe witaminy. Może chciała się mnie szybciej pozbyć. A może uwolnić. Nie chciałem marnować jej życia, choć wiem, że zdradzała mnie na lewo i prawo, gdy jeździłem w delegacje. Nigdy w życiu nie założyłbym pedalskich, czerwonych bokserek. Skąd więc pedalskie czerwone bokserki znalazły się w mojej komodzie? Nie były nowe, żona wiedziała, że nie lubię pedalskiego, czerwonego koloru. Po za tym były sprane i miały rozciągniętą gumkę. Ciekawe od czego...
Zostawiłem ją i ruszyłem w miasto. Zabrałem wieczny ból tyłka, dokumenty, zimową czapkę, zegarek i zdjęcie Marioli. Mariola to ani moja zdradliwa żona, ani córka, która cały czas przypominała mi bohaterki filmu "Galerianki". Mariolę poznałem 30 lat temu na obozie sportowym, gdy byłem jeszcze gówniarzem. Pierwszy raz się wtedy zakochałem. Z wzajemnością. Całe wakacje tylko na siebie patrzyliśmy i trzymaliśmy za ręce, ciągle milcząc. Nocami leżeliśmy przytuleni do siebie. Nawet jej nie pocałowałem. To było coś za bardzo platonicznego. Ona była z Krakowa, ja z Bydgoszczy. Pisała później listy, skrapiając je wcześniej swoimi perfumami, a ja odpisywałem. W końcu jednak przestałem. Nie wiem dlaczego. Nie miałem czasu? Znudziło mi się? W końcu Mariola zamilkła. Wiem, że to głupie i szczeniackie, ale tęsknię za nią. Nie pamiętam, kiedy sobie o niej przypomniałem. Od tamtego dnia myślę o niej codziennie i codziennie żałuję.
Swoich sił spróbowałem najpierw na dworcu PKP. Wygonili mnie jednak stamtąd żule. To był ich rewir. Tylko ich mafia miała prawo srać tam w gacie i sępić o resztę z biletu na pośpieszny do Rosochatki. Póki jeszcze było ciepło spałem w lesie, w Myślęcinku, razem z wijami i kleszczami. Kto by pomyślał, że pół Bydgoszczy podnieca się strumyczkami, w których ja podmywałem sobie pachy i stopy. Myślałem, że nie dożyję jesieni, bo zeżre mnie choroba. Myliłem się. Wraz z październikiem przyszły chłody. Musiałem się przenieść.
Nikt by nie powiedział, że brudny, śmierdzący, umierający człowiek jest najmniej zauważalny tam, gdzie przebywa najwięcej ludzi. Stado szurających podłogę zombie nie zainteresują się stertą szmat leżącą na przemokniętym kartonie, bo zabrania tego psychologia tłumu. Nikt nie chce wyłamać się z fali i obarczyć swoją osobę odpowiedzialnością za obdartego pijaczka. Mnie to pasowało. Zamieszkałem pod Rondem Jagiellonów.
Żarcia miałem pod dostatkiem, bo każdego dnia wywalali go na kilogramy. Zeschłe drożdżówki, przeterminowane, gnijące mięso do hamburgerów, stęchła woda. Tylko z kiblem był problem, bo babcie klozetowa były nieugięte jak korupcja w kraju. W przejściach do toalet zainstalowano fotokomórki. Każde przejście równać się musiało określonej kwocie. Babcie były rozliczane z wyników na koniec dnia. Wcześniej po prostu podbierały kasę. W razie czego, leciałem pod most i ładowałem do Brdy. Ból był zawsze przy mnie. Czuło się go tak, jak czuje się, że ręka jest na właściwym miejscu. Gdyby przestało boleć byłyby tego 2 przyczyny: albo odpadła mi dupa, albo w końcu kostucha mnie znalazła. Często się zastanawiałem, czemu w ogóle to wszystko ciągnę i się męczę. Wystarczyłoby podciąć żyłę. Wola przetrwania musi być głęboko zakorzeniona w człowieku, który chce żyć, nawet jeśli będzie żył jak szczur.
Miałem dużo czasu, aby przyglądać się ludziom. Atmosfera, cuchnące powietrze i pośpiech deformowały ich twarze. Każdy przechodzień wyglądał jakby szczęście w ogóle nie istniało. W studentach pobliskiej uczelni widziałem głód i kaca. Mężczyźni w koszulach w kratę i ze skórzanymi torbami z niechęcią szli na przystanek tramwajowy. Nie chcieli wracać do nudnych domów. Pod rondem pełno też było staruszków. Nie mieli co robić z wolnym czasem i przyłazili oglądać baranie skórki i kapcie góralskie w straganikach przy schodach. Czasem ktoś rzucił kilka groszy. Wszystko oddawałem babinie, która stała pod schodami prowadzącymi do Starego Portu i ronda Bernardynów.
Monitoring to bujda. Kiedyś w nocy obudziły mnie krzyki. Siódemka naćpanych, nawalonych i naszprycowanych młodzików dopadło dziewczynę, pewnie wracającą z imprezy. Któryś z nich nożem rozpruł jej bluzkę i spodnie. Nie śpieszyli się. Gwałcili ją jeden po drugim. A ja stałem za rogiem. Bałem się. Wola przetrwania. Żadna pomoc nie nadeszła. Ktoś później znalazł dziewczynę w krzakach. Była martwa.
Przez 2 tygodnie bałem się wrócić pod rondo. Krew trudno się zmywa. Wspomnienia też.
W końcu jednak wróciłem. Co miałem zrobić? Na tyłku nie mogłem już siedzieć, spałem tylko na brzuchu. Nie mam pojęcia, co trzymało mnie przy życiu. Może ten dzienniczek, który sobie piszę, może Kasia, która mi towarzyszy, gdy czasem sobie po męsku ulżę. Nie wiem...
Zawsze ciekawił mnie ten koleś, który sprzedawał patelnie w przejściu. Przez pieprzone 10 godzin stoi w miejscu z 3 patelniami i macha nimi w dół i w górę. Niewzruszony wyraz twarzy i ruski, podrabiany teflon. Nikt na niego nawet nie spojrzy, a co dopiero coś kupi. A gościu zawsze ogolony, w czystych portkach i skórzanej kurtce. Nigdy nie idzie czegoś zjeść, nawet z piersiówki sobie nie pociągnie. Co innego mam robić? Rozgryzę dziada lub kopnę z półobrotu w kalendarz.
On musi być cyborgiem. Patrzy tępym wzrokiem przed siebie, a dokładnie co 14 minut rozgląda się na lewo i prawo. Co 16 minut podnosi patelnię i trzyma ją u góry przez minuty 2. Gdy ją już opuści, opiera o ścianę i zabiera kolejną, a cały cykl zaczyna się od nowa. Jak on mnie wkurwia! Nie podrapie się po jajach, nie podłubie w nosie, pewnie nawet sobie nie pierdnie. Może nie wyglądam jak potencjalny partner handlowy, ale spróbuję kupić patelnię.
Nic z tego. To jakiś świr. W kółko powtarza, że ma do sprzedania "patelnię smażącą, za jedyne 3 stóweczki". Gdy stwierdziłem, że chcę ją kupić, powiedział: Poproszę wtedy 3 stóweczki za patelnię smażącą. A że kasy nie miałem, odrzekł: Nie dostaniesz wtedy patelni smażącej za 3 stóweczki. Nic z tego nie rozumiem.
I tak przez 3 dni. Jakaś babcia z nadmiarem wolnego czasu starała się z nim porozumieć, trochę utargować cenę. A gość niewzruszony. Odpowiadał tymi samymi sformułowaniami.
Kilka dni później zauważyłem coś dziwnego. Zaraz po tym jak cyborg podniósł patelnie, minął go jakiś inny, bardzo podobny koleś, który zaczął biec w kierunku szyby kiosku. Nagle skoczył i... znikł. Nie jestem typem bezdomnego, który ciągle chleje. Byłem wtedy absolutnie trzeźwy. Może to rak, który najpierw dobrał mi się do dupy, teraz atakuje mózg. Ale życie pod rondem się nie zmieniło. Nikt nic nie zauważył. Tylko cyborg powoli odwrócił głowę i pierwszy raz spojrzał na mnie. Patrzył prosto w oczy. Długo. Straciłem przytomność.
Obudziłem się na swojej stercie z kartonu i szmat. Jeśli zegar nad kebabiarnią na rondzie się nie spieprzył, spałem 4 dni. On cały czas tam stał. Znów nie zwracał na mnie uwagi. A skoczków było coraz więcej. Czy to jakaś pie....ona, parodia Harrego Pottera? A może podróba Narni z gadającymi szynszylami? Ja też skoczę, do cholery, skoczę w tą szybę.
Stoper odmierzał czas. 15 minut 56 sekund, 15.57, świr podnosi patelnię, 15.58, zrywam się do biegu, 15.59, wyprzedzam jakiegoś palanta w skórze, skaczę.
Nie trafiam na szybę. Wpadam w próżnię. Dookoła mnie gwiazdy. Czuję jak każda komórka mojego ciała jest rozciąga i się kurczy. Wiruję wokół własnej osi z niewyobrażalną prędkością. Mam ochotę się zrzygać, ale nie mogę. Mam zatkane uszy, nie słyszę swojego krzyku. Nagle zasysa mnie tunel złożony ze wszystkich odcieni fioletu. Zapierdalam gdzieś. Bardzo szybko zapierdalam. Odbijam się od ścian jak szmaciana lalka. Tunel się kończy. Spadam na coś twardego.
Budzę się na brzegu jeziora. Leżę na kocu, obok piknikowy, wiklinowy koszyk. Na sobie mam dopasowane spodnie od garnituru i moją ulubioną, białą koszulę. Trawa faluje. Wiatr jest silny, ale przyjemny. Powoli wstaję na nogi. Czegoś mi brakuje, lecz jeszcze nie wiem czego. Z wody wychodzi kobieta. Jest niewyobrażalnie piękna. To brunetka o idealnej, drobnej budowie ciała. Jest naga. Spodnie nagle zaczynają mnie uwierać. Kobieta podchodzi bliżej. To Mariolka! Chcę krzyczeć z radości. Ona mi nie pozwala. Popycha mnie. Padam na plecy. Już w locie kulę się ze strachu przed bólem. Ale nie czuję nic. Macam się po dupie. Jestem zdrowy! Mariola siada na mnie. Zrywa ze mnie ubranie kilkoma ruchami. To seks mojego życia. Potrójny.
Jest mi niewyobrażalnie dobrze. Znalazłem miłość swojego życia, jestem zdrowy jak dorsz i makrela, kochamy się po 6, 7 razy dziennie. Mieszkamy w chałupce nad jeziorem. Jemy owoce z pobliskiego dzikiego sadu i warzywa, które rosną sobie same przy chatce. Czasem usmażymy sobie jakąś rybkę... Zaraz... Ta patelnia wygląda dziwnie...
Bip. Bip. Bip.
- To jakiś pijaczyna. Zabrali go spod Ronda Jagiellonów. Anonimowy telefon. Skoczył na szybę i się poharatał. Duża utrata krwi. Spójrzmy na rentgen. Złamanie otwarte kości udowej. Nie wygląda to dobrze. Siostro! Kroplówka się skończyła. Przepraszam mój drogi, to jakaś nieopierzona, zabiegana fajtłapa. Ciągle o czymś zapomina. Wracając do tematu, biedak od dawna nie powinien żyć. Nowotwór zrobił swoje. Chwileczkę, ktoś mnie woła. Kim pan jest? Kto tu pana wpuścił? To odział zamknięty. Co? Nie chcę kupić patelni za 3 stóweczki. Proszę wyjść...
Bip. Bip. Bip.