Publicystyka
Data utworzenia: 2009-12-10
Świt narodu- Powrót do czasów Popiela
Każdy naród pisze swoją własną wersję historii. Gdy weźmiemy do ręki polski i niemiecki podręcznik, po uważnej lekturze dostrzeżemy poważne różnice w interpretacji tych samych wydarzeń. Nie inaczej rzecz się ma przy porównywaniu dzieł czeskich i polskich uczonych. Dzieje się tak z wielu powodów. Nie chodzi tu tylko i wyłącznie o nacjonalizm, choć oczywiście odgrywa on pewną rolę podczas doboru i interpretacji faktów. Głównym problemem jest ,,skrzywienie", jakiemu ulega historyk badający dzieje swego narodu oraz krajów ościennych.
Polega ono na spoglądaniu na sąsiadów w oparciu o stereotypy i uproszczenia. Dzielimy, więc narody na wrogie, przyjazne bądź neutralne. Ocena zachodzących w ościennych państwach procesów zależy najczęściej, od wpływu tamtejszych zmian na naszą gospodarkę bądź politykę. Generalnie rzecz ujmując perspektywa zawsze jest podobna. W centrum zainteresowania jest nasz kraj, a sąsiedzi nawet ci przyjaźni, są czymś w rodzaju narzędzi pomocnych w realizacji międzynarodowej polityki. Co więcej czasem dziwimy się nawet, że nie chcą oni tej roli pełnić nie dostrzegając obopólnych korzyści.

Takie spojrzenie na historię zakłóca jednak obiektywizm badacza. Niejasne stają się też przyczyny niektórych konfliktów czy zatwardziała niechęć lub obojętność pomiędzy sąsiadami. Dlaczego Polacy i Czesi pomimo pokrewieństwa językowego i kulturowego żyją odwróceni do siebie plecami? Czemu pomimo stałego zagrożenia z zachodu w zasadzie nigdy nie doszło do nawiązania bliższej współpracy? Z logicznego punktu widzenia wydaje się to całkowicie niezrozumiałe. Jeszcze trudniej to zrozumieć wczytując się w dostępne na polskim rynku publikacje.

Proponuję w tym miejscu rewizję utartych poglądów na historię Polski z okresu kształtowania się państwowości. Pora jeszcze raz usiąść do stołu i zajrzeć w karty! Nie po to, aby kogoś ograć, ale aby zrozumieć, jaki był przebieg rozgrywki. Namawiam, aby spojrzeć na przeszłość bez emocji, a dumę narodową odwiesić na kołek. To, co się stało już się nie odstanie, a przeszłości nie da się zmienić. Możemy jednak odrzucić przesądy, zrywając ciemną zasłonę uprzedzeń i dogmatycznie pojmowanych faktów.

Myślę, że jedyną korzyścią płynącą z nauki historii jest umiejętność dokonywania na tej podstawie obiektywnej oceny aktualne zachodzących zmian społecznych, politycznych bądź ekonomicznych. Przekłada się to z kolei na możliwość podejmowania trafnych decyzji w każdym z tych obszarów. Historia to, tak naprawdę nie plątanina dat i nazwisk wodzów, lecz wielki nieustający tygiel zmian, w którego ogniu powstają i umierają narody, państwa i kultury, a nawet całe cywilizacje.

Zrozumienie przyczyn tego ruchu i uchwycenie ich w czasie zbliża nas właśnie do celu, o którym wcześniej wspomniałem, czyli krótko mówiąc zrozumienia tego, co się wokół nas dzieje obecnie. Wyobraźmy sobie jeszcze raz ten piec, w którym wytapiał się dawniejszy świat tak jak przed wiekami żelazo. Jeśli uznamy, że jeden z nieroztopionych jeszcze kawałków metalu to skrawek naszego kraju dostrzeżemy, że przemieszcza się w masie innych. Wszystkie one ścierają się razem pchane do przodu siłą gorąca. Gdy się rozgrzeją otwiera się piec, półpłynna masa się wylewa. Ktoś, tak jak kowal formuje ją, nadając jej nowy funkcjonalny kształt podkowy lub miecza.

Po uformowaniu i wystudzeniu narzędzie jest gotowe. Podobnie wyglądały narodziny naszego narodu. Gdy spojrzymy na odległe dzieje całej słowiańszczyzny zobaczymy jak wkracza na karty historii niemal znikąd. A tak przynajmniej się wydaje. Z tej bezładnej na pierwszy rzut oka masy stopniowo wyłoniły się państwa i narody. Dziś patrzymy na ówczesny świat z obecnej narodowo - kulturowej perspektywy. Pomyślmy jednak, że u początków historii Polski pojęcie narodu w naszym znaczeniu tego słowa nie istniało. Tygiel jeszcze nie ostygł, a żelazo nie zostało ukształtowane.

Niniejsza publikacja dotyczy właśnie tych odległych czasów, w których powoli kształtowały się słowiańskie państwa. Pomimo że siłą rzeczy zahacza o dzieje Europy środkowej opisuje głównie nasze pradzieje. Mam nadzieję, że umożliwi ona również przybliżenie perspektywy historycznej, z której patrzą na nas nasi południowi sąsiedzi.



PIERWSZE PAŃSTWA


Pierwsze wzmianki pisemne o Słowianach są krótkie i do bliższego poznania ich dziejów wnoszą niewiele. Na domiar złego zostały one spisane przez ludzi, dla których byli oni wrogami lub co najwyżej pogańską masą wymagającą chrystianizacji. Powody te w sposób oczywisty rzutują na ducha informacji, które mogą być przez nas analizowane. Innym problemem dotyczącym całego okresu wczesnego średniowiecza, a terenów Europy środkowej i wschodniej w szczególności, jest niezwykłe ubóstwo lub nawet całkowity brak jakichkolwiek wzmianek pisanych.

Powodem tego stanu rzeczy był fakt, że odsetek osób władających wówczas sztuką pisania nie był zbyt wysoki. Niewielu spośród nich miało bezpośredni bądź pośredni kontakt z naszymi pradziadami, a jeszcze mniej chciało o nich pisać. Część zapisanych wówczas choćby lakonicznych wzmianek nie dotrwała zresztą do naszych czasów. Uległy zniszczeniu w ogniu wojen i klęsk żywiołowych. Ten ostatni element jest dla naszych rozważań ważny o tyle, że brak dokumentów potwierdzających kontakty pomiędzy światem Słowian a Europą południowo-zachodnią wcale takich relacji nie wyklucza.

Gdy Mieszko oddał pod opiekę papieża swój kraj musiał wiedzieć, co zrobił. Przyjmując chrześcijaństwo pojmował, jakie jest jego znaczenie polityczne jak też, w jaki sposób nowy układ okaże się dla niego pomocny. Wniosek, jaki się stąd nasuwa jest oczywisty. Jego państwo na długo przed chrztem musiało utrzymywać kontakty z południem kontynentu. Pierwszy znany nam dokument wystawiony przez kancelarię Mieszka nasuwa, zatem myśl, że był on prawdopodobnie tylko jednym z wielu. Zawierając traktaty z sąsiadami i wytyczając granice musiano spisywać odpowiednie porozumienia. Z kancelarii wychodziły też z pewnością listy uwierzytelniające posłów i cała inna korespondencja dyplomatyczna.

Niestety nic więcej nie zachowało się do naszych czasów chyba, że podczas prac konserwatorskich ktoś odkryje pergamin użyty w XII wieku jako wzmocnienie okładki jakiegoś brewiarza, zawierający tekst nieznanego nam dotąd traktatu zawartego pomiędzy państwem Franków i Polan w wieku IX. Istnieje jeszcze cień szansy na dokonanie podobnego odkrycia w przepastnych zbiorach Biblioteki Watykańskiej i może jeszcze kilku innych.

Pomimo braku wzmianek pisemnych, które powstały równolegle lub wcześniej niż Dagome iudex fakt, że państwo Mieszka prowadziło w owym czasie rozległą politykę międzynarodową jest jednak bezsporny. W innym wypadku powstanie podobnego dokumentu nie miało żadnego sensu. W tym miejscu musimy, więc zmienić pokutujące w szkolnictwie wyobrażenie o państwie Polan i wczesnej państwowości słowiańskiej w ogóle.

Dziś przyjmujemy symbolicznie rok 966 za datę powstania państwa polskiego. Takie umiejscowienie tego faktu w czasie jest całkowicie bezsensowne. Po pierwsze, dlatego, że w chwili przyjęcia przez Mieszka chrześcijaństwa, państwo Polan już istniało, co najmniej od wieku i miało się dobrze. Po drugie chrzest nie jednoczył w żaden sposób wchodzących w jego skład plemion w językowo narodową całość. Ludność przez długie wieki nadal posługiwała się lokalnymi gwarami. Ich pokrewieństwo w okresie od V do XII wieku było zapewne takie same w wypadku zestawienia Kujawiaków z Morawianami czy Mazowszanami. Pierwsze symptomy pojawienia się języka narodowego na terytorium dzisiejszej Polski można datować dopiero na wiek XVI.

Na skutek mieszania się gwar lokalnych zaczął się kształtować język polski. Należy jednak pamiętać, że posługiwała się nim wówczas tylko szlachta i to równolegle z łaciną. Na powstanie literackiego języka polskiego musimy czekać jeszcze dłużej, bo do przełomu wieku XVIII i XIX. W czasach Mieszka o powszechności łaciny ani o języku polskim nie było oczywiście mowy. Tak więc o fakcie przynależności poszczególnych plemion do jego państwa mogły zadecydować tylko wcześniejsze unie zawierane poprzez małżeństwa, bądź podboje. Fakt, że zakreślane przez historyków terytorium kraju Mieszka jest takie a nie inne nie ma, więc nic wspólnego z pojęciem narodu w obecnym tego słowa znaczeniu. Naród w owym czasie, bowiem w ogóle nie istniał. Należy więc operować pojęciem państwa, a ono rozszerza swe granice bądź się kurczy tylko na skutek sojuszy, siły gospodarczej i militarnej.

Państwo, które w 966r. przyjęło chrzest istniało już od dawna. Naród, który w oparciu o nie się ukształtował powstał dopiero wiele wieków później. Przyjęta przez naukę data jest, więc tak naprawdę myląca.

Spróbujmy, zatem spojrzeć śmiało w mroki naszych dziejów i wolni od dzisiejszych wyobrażeń o państwach i narodach rozważyć, co zadecydowało o takim a nie innym kształcie wczesnośredniowiecznej Polski. Problemem, który się pojawia podczas tych rozważań jest kwestia terytorium i granic.

W tym właśnie miejscu wielu historyków zaprotestuje zapewne głośno, twierdząc, że o żadnych państwach słowiańskich w V czy VI wieku nie może być nawet mowy. Padną tu argumenty o braku jakichkolwiek źródeł pisanych oraz fakty, że pierwsze znane państwo słowiańskie zostało założone przez frankońskiego kupca. Do historii weszło ono pod nazwą Państwa Samona. Jego rozwój datuje się na pierwszą połowę VII wieku. Po jego rozpadzie powstały nowe ośrodki lokalne, które z czasem przekształciły się w rozległe Państwo Wielkomorawskie. Na Rusi państwa zakładali Wikingowie.

Głosy to o tyle liczne, co całkowicie niesłuszne. Państwa słowiańskie istniały, bowiem od chwili utrwalenia się osadnictwa na danym terenie. Dlaczego mówię o tym tak stanowczo? Państwo, jako takie istnieje, bowiem zawsze tam gdzie dana społeczność prowadzi osiadły tryb życia oraz ma swoje władze i prawa. W każdej epoce i kulturze władcy tytułowali się nieco inaczej. Nazwy ich urzędów nabrały znanej nam mocy i znaczenia dopiero z czasem. W Imperium Rzymskim był to Cezar August, który po wiekach przekształcił się w cesarza. Wśród plemion germańskich władca nazywany był królem - przynajmniej przez Rzymian. Słowiański król nazywał się najczęściej kneziem, lub kniaziem. Użyta tu pisownia jest raczej umowna będąc próbą przeniesienia na papier dawnej wymowy. Tytuł ten przekształcił się później w księcia. Ze względu na to, że Rzymianie uważali plemiona germańskie za barbarzyńców król był oczywiście kimś gorszym od Cezara. Ponieważ ci ostatni spoglądali na Słowian w ten sam sposób nic dziwnego, że książę jest usytuowany w feudalnej hierarchii niżej od króla.

Gdy przyjrzymy się bliżej rzymskiej wizji świata zobaczymy, że postrzegali oni Imperium, jako jedyny cywilizowany kraj otoczony przez morze barbarzyństwa. Rozumowanie to przejęli, o dziwo, od Rzymian współcześni historycy. Gdy otworzymy atlas historyczny z mapami ukazującymi świat starożytny (Atlas Historyczny Świata, red. Józef Wolski, Warszawa-Wrocław 1986, s. 5-24) spostrzeżemy tam pewną analogię. Na stronach ukazujących wschód ujrzymy kontury Egiptu, Asyrii, Hetytów, Babilonu i Fenicji. Dookoła jest tylko biała plama z nazwami ludów, które zamieszkiwały terytoria przygraniczne. Gdy spojrzymy na mapę świata greckiego sytuacja się powtarza. Nie inaczej wygląda świat hellenistyczny. Widzimy tam państwa powstałe po rozpadzie imperium no i może Kartaginę. Dalej jest bielejąca pustka.

Nie znaczy to oczywiście, że żadnych państw tam nie było. Starożytni kronikarze nie wiedząc o nich zbyt wiele i gardząc obcą kulturą, jako barbarzyńską woleli po prostu udawać, że ich nie ma. Przypomina to sposób rozumowania europejskich kolonistów w Ameryce i Afryce. W Indianach i Afrykanach widzieli po prostu dzikich. Pogarda do tego stopnia ich zaślepiła, że do samego końca w indiańskie ziemie w USA określano, jako terytoria odmawiając im statusu państwowości. Miało to i tą korzyść praktyczną, że nie wymagało wypowiadania wojen a więc uciążliwej dla republiki procedury parlamentarnej. Państwom wypowiada się wojny, a terytoria po prostu się zajmuje.

I tu doszliśmy właśnie do sedna sprawy. Tak jak w Ameryce nie było indiańskich państw tylko szczepy zamieszkujące terytoria, tak w Europie pomiędzy V a IX wiekiem w zasadzie nie było słowiańskich państw tylko plemiona i regiony. Germanie zamieszkujący wówczas na zachód od Łaby przejęli już od Rzymian ich wizję świata podzielonego na cywilizację i barbarzyńców. A jak się traktuje barbarzyńców - o tym wiedzieli dobrze - ponieważ sami byli nimi przez długi czas dla rzymskich legionistów. I tak zamknęło się koło. Króla Franków w Europie szanowano, o kneziach na zachodzie nikt nie chciał nawet słyszeć. Pomimo, że obaj byli władcami, ten pierwszy oficjalnie nie uznawał nawet istnienia państwa sąsiada.

Skoro słowiański władca nie był uznawany, terytorium, którym władał można było bezkarnie najeżdżać, pustoszyć i zajmować nie wypowiadając nawet wojny. Mógł tego dokonać nie tylko król, ale nawet na własną rękę któryś z wielmożów zachęcony wizją łatwych łupów. Nie dziwi to wcale. Gdyby najechał sąsiada w swoim kraju naraziłby się na potępienie króla a może nawet konfiskatę dóbr. Napadając na Słowian zyskiwał niewolników, szacunek a być może także i nowe ziemie. Była to praktyka przeniesiona potem żywcem na tak zwany Dziki Zachód, gdzie spalenie indiańskiej wioski traktowano, jako akt samoobrony ze strony osadników.

Nasi pradziadowie mieszkali na nieszczęście na dzikim wschodzie. Fakt, że ktoś widział w Słowianach barbarzyńców nie oznacza jednak, że zamieszkiwali oni w niezorganizowanych stadach lasy przemieszczając się chaotycznie, bez ładu i składu. Rzeczywistość była zupełnie inna. Struktura władzy wśród ludów słowiańskich była bardzo podobna do tej, która cechowała plemiona germańskie jeszcze w I - III wieku. Na czele plemienia stał wódz zwany przez Rzymian królem wybierany przez wojowników. Aktu obwołania dokonywano poprzez podniesienie wybrańca na tarczy. Ponieważ królowie stawali w boju na czele swych armii śmiertelność wśród nich była bardzo wysoka.
Powodowało to ciągłe przechodzenie władzy z rąk do rąk najczęściej w obrębie kilkunastu najsilniejszych rodów. Rody te, czyli klany miały, również swoich wodzów pełniących rolę głowy rodu. To najczęściej spośród nich dokonywano wyboru nowego króla. Zostawał nim człowiek, którego siła i męstwo budziło powszechny szacunek. Sytuacja ta trwała dopóty urząd króla nie zaczął nabierać cech dziedzicznych. Stało się tak, ponieważ w konfrontacji z Rzymem przywódca musiał się przeistoczyć z wojownika w polityka. Ponieważ dyplomacja zaczęła być ważniejsza od miecza król nie ginął już tak często. W konsekwencji pojawiał się też problem sukcesji. I tak na skutek przekupstw, nacisków i urabiania tak zwanej opinii publicznej powstała zasada obierania na urząd królewski jego najstarszego syna.
Rola zgromadzenia plemiennego systematycznie malała. Do zmniejszenia jego znaczenia dążył też w tej sytuacji sam król chcąc zminimalizować ryzyko elekcji swego sukcesora. W Europie zachodniej, jaka się ukształtowała między VI a VII wiekiem nikt nie kwestionował już zasady dziedziczenia tronu, a okrzyknięcie nowego króla było tylko czystą formalnością. Demokracja plemienna ewoluowała, więc stopniowo w stronę systemu bardziej autorytarnego. Był on oczywiście szybszy w działaniu a tym samym skuteczniejszy. Wszystkie ważniejsze decyzje zapadały w najbliższym otoczeniu władcy. Pozostawał tylko problem ich egzekucji skoro o stanowieniu nowych praw nie deliberowano już podczas rad plemiennych.

Problem ten rozwiązano na dwóch płaszczyznach. Moralnego prawa do sprawowania urzędu udzielał teraz królowi nowy zapożyczony od Rzymian Bóg. Na opiekuna kształtującej się właśnie władzy nadawał się doskonale. Główną jego zaletą było zresztą to, że był nowy. Można, więc go było przedstawić poddanym w uproszczonej, lecz wygodnej dla panujących formie. Król z wybrańca ludu stał się teraz pomazańcem bożym. Sprzeciwienie się królowi było, więc równoznaczne z kwestionowaniem woli Boga.
Ten nowy pogląd na genezę władzy rozpowszechniał wśród ludu Kościół. Rzecz jasna nie bezinteresownie. W zamian za wpajanie i krzewienie nowych wartości król odpłacał się sowicie nadaniami dóbr i urzędów.

Na płaszczyźnie fizycznej problem posłuszeństwa rozwiązano tworząc aparat przymusu. Narzędziem w ręku króla stała się jego przyboczna drużyna, która stopniowo rozrastała się liczebnie. Stała się ona z czasem główną siłą militarną państwa. Monarcha uniezależnił się w ten sposób od pospolitego ruszenia, które powoływano już tylko do obrony kraju. Jego drużyna służyła głównie do prowadzenia wojen zaczepnych oraz utrzymywaniu w posłuchu reszty poddanych. Z czasem królowie zaczęli nadawać w zamian za ten rodzaj służby ziemię wraz z uprawiającymi ją chłopami. W ten sposób narodziło się rycerstwo zobowiązane do stawania do walki na wezwanie władcy.

W krajach słowiańskich demokracja plemienna ewoluowała w podobnym kierunku tylko z lekkim opóźnieniem. Było ono spowodowane efektem czerpania wzorców od zachodnich sąsiadów, którzy wcześniej musieli je zaadaptować na swym gruncie podpatrując Rzymian. Jak się wydaje na przełomie VII i VIII wieku, przynajmniej wśród części plemion słowiańskich silne były jeszcze tendencje demokratyczne, czego przejawem było zwoływanie wiecy. Drużyna książęca nie była też zbyt liczna.

Przy okazji rozważań na temat ewolucji ustroju wśród Słowian można też dać prztyczka w nos tym wszystkim piewcom starożytności, którzy wynoszą pod niebiosa dokonania Greków. Idea demokracji, która zdaniem wielu narodziła się w Atenach w rzeczywistości tam tylko konała. Pierwsze plemienne organizacje, z których później kształtowały się narodowe wspólnoty miały zawsze mniej lub bardziej demokratyczne struktury. Wraz z umacnianiem się państwa ustrój ten zawsze ewoluował w kierunku autorytarnych form rządów. Demokracja nie była, więc wynalazkiem Greków a Ateny miejscem jej narodzin. Areopag był tylko ostatnią w Grecji próbą zachowania dawnego ustroju plemiennego w nieco zmienionej formie. Ten relikt dawnego systemu umarł ostatecznie wraz z nastaniem rządów Filipa Macedońskiego w 338 r. p.n.e. Greckie polis zostały zjednoczone przez tyrana. Ta analogia miała się następnie powtarzać w całej Europie.

Plemiona germańskie walczące przez pięć wieków z Imperium Rzymskim nauczyły się od swego przeciwnika wiele. Przyjęły religię, wyraźne podziały klasowe, oraz ideologię pogardy wobec sąsiadów. Słowianie zamieszkujący za ich wschodnią granicą byli nie tylko sąsiadami, z którymi od czasu do czasu prowadzi się wojny, lecz ludem, który należy podbić i zniewolić. Uzasadnieniem ideologicznym takiego sposobu myślenia była konieczność szerzenia chrześcijaństwa. Tak czy owak pogan należało nawracać a plemiona słowiańskie, u których władza nie była jeszcze tak scentralizowana, a struktura militarna słaba, nadawały się do tego znakomicie.

Przewaga militarna Franków, z którymi Słowianom przyszło walczyć wynikała z kilku faktów. Po pierwsze na przestrzeni od VI do VIII wieku podporządkowali sobie oni większość królestw germańskich. Dokonali, więc czegoś w rodzaju zjednoczenia plemion. W efekcie kraj zbliżony do obszaru dzisiejszych Niemiec, Francji i Beneluxu napadał na państewko wielkości naszego obecnego województwa. Po drugie wyodrębniła się tam już nowa struktura wojskowa, której elitę tworzyło rycerstwo. Wreszcie metalurgia stała u Germanów na wyższym poziomie, co przekładało się oczywiście, na jakość uzbrojenia.

Kombinacja tych czynników doprowadziła na przełomie VIII i IX wieku do sytuacji, w której państewka słowiańskie musiał spotkać los, który stał się później udziałem wszystkich afrykańskich królestw w XIX i na początku XX wieku. Państwo Franków zawisło nad zachodnią słowiańszczyzną niczym miecz Damoklesa.

Kolejnym zagrożeniem, które nieustannie nękało słabe jeszcze państwa słowiańskie były migracje ludów ze wschodu. W drugiej połowie VI wieku pojawili się w Europie Awarowie i Bułgarzy. Ludy te przeszły przez południową część dzisiejszej Ukrainy i Mołdawię zajmując rozległy pas ziemi w środkowym i dolnym biegu Dunaju. Awarowie posunęli się dalej na zachód zakładając swój główny obóz w widłach Dunaju i Cisy. Ta przedostatnia już wielka fala migracji podczas wędrówki ludów musiała zamienić pas ziem naddunajskich w prawdziwą pustynię. Wcześniej te same tereny przechodziły kolejno pod panowanie Longobardów, Gepidów, Wizygotów, Ostrogotów, Hunów i Słowian.
Powstała, więc wzdłuż całego środkowego i dolnego Dunaju szczególna tradycja politycznej niestabilności. Wraz z nią kształtował się specyficzny mix kulturalno etniczny. Przez cały okres od V do VIII wieku ciągle rozbrzmiewał tu szczęk oręża. Granice były niezwykle płynne, a ryzyko kolejnej napaści graniczyło niemal z pewnością.

W tych to właśnie okolicznościach powstało pomiędzy umacniającym się ciągle Królestwem Franków a napierającym ze wschodu Chanatem Awarskim pierwsze większe państwo słowiańskie. Dokładny jego zasięg terytorialny nie jest znany. Przyjmuje się jednak, że na północy jednoczyło ono ludy słowiańskie mieszkające wzdłuż środkowego i górnego biegu Łaby, tereny Czech, Moraw oraz część dzisiejszej Słowacji w centrum. Dalej na południe zajmowało ziemie dzisiejszej Austrii i północną część Chorwacji.
W historii jest ono znane, jako Państwo Samona. Nazwa to o tyle niefortunna, co krzywdząca. Po pierwsze, dlatego, że z pewnością nie posługiwali się nią jego mieszkańcy. Po drugie nie powstało ono jak się często o tym mówi z lekkim zażenowaniem w wyniku zabiegów jakiegoś przedsiębiorczego handlarza bronią i niewolnikami. Rzut oka na ówczesną mapę wystarczy, aby ocenić, że plemiona tworzące ten związek znalazły się niejako pomiędzy młotem a kowadłem. Ze wschodu napierali Awarowie a z zachodu Frankowie. Małe państewka plemienne nie mogły oczywiście im się oprzeć. Jedyną realną możliwością stawienia skutecznego oporu było połączenie sił i środków.

Tak też się stało. Jak doszło natomiast do tego, że na czele zjednoczonych plemion stanął Samon jest inną kwestią. Być może wżenił się on w którąś z panujących rodzin a jego sukcesy w walce z Awarami zaskarbiły mu szacunek i uznanie możnych. Wreszcie, występując w interesie lokalnej ludności a nie Franków, zdobył zapewne tak wielkie zaufanie, że właśnie jego okrzyknięto kneziem. Wszystko to tylko domysły. Nie ulega jednak wątpliwości, że zjednoczenie tak rozległych terenów plemiennych w tak krótkim czasie było możliwe tylko przy założeniu, że działo się to we wspólnym interesie. Oczywiście na pewno nie obyło się bez podstępu i walki. Ludność miejscowa łatwiej akceptowała jednak własnego silnego knezia, niż najeźdźcę.

W tym momencie użyłem określenia ,,własnego" świadomie. Niezależnie od pochodzenia Samon musiał być już, bowiem wówczas jednym z nich. Nie zapomniał on oczywiście swego rodzimego języka, otaczająca go kultura musiała jednak zrobić swoje. Gdy czytamy w kronikach średniowiecznych jak i późniejszych o uniach personalnych i ,,importowaniu króli" nikogo to nie dziwi. A może powinno? Uczy się nas przecież, że Ludwik Węgierski, czy Jagiełło byli dobrymi, władcami niezależnie od swego pochodzenia. Jest to o tyle istotne dla naszych rozważań, że obejmując tron nie znali oni nawet języka swych poddanych. Myślę, że Samon nauczył się lokalnej mowy wcześniej. Patrząc na osiągnięcia był też z pewnością lepszym władcą niż niejeden z naszych późniejszych tak zwanych rodzimych.

Na przełomie VIII i IX wieku wyprawy Karola Wielkiego wdzierały się coraz dalej na wschód. Ile ludów słowiańskich zostało wówczas zmuszonych do płacenia danin i uznania zwierzchnictwa cesarza (Karol Wielki - cesarz od 800r.) tego dokładnie nie wiemy. Na zachód popłynęła jednak z pewnością rzeka niewolników i łupów wojennych. Pod butem Franków znaleźli się Czesi, Morawianie, Serbowie łużyccy, oraz ich sąsiedzi z północy zamieszkujący pomiędzy Łabą a Odrą, ziemie leżące nad górnym i środkowym Dunajem. Niemal na pewno plemiona śląskie.

Państwo stworzone przez Samona, który odparł pierwszą inwazję Franków pokonując ich w 631 r. pod Wogast wówczas już nie istniało. Po śmierci władcy ok. 658 r. kraj ponownie się podzielił na mniejsze organizmy państwowe.

Na pocieszenie mogę tylko dodać, że zamieszkujący dalej na wchód Awarowie zostali również rozbici. Ich kraj wzięty w kleszcze przez Franków i Bułgarów zniknął, jak się okazało już na zawsze z mapy Europy. Wydawało się, że kierunek dalszego rozwoju starego kontynentu został wytyczony. Cesarstwo Karola Wielkiego było u szczytu potęgi i wzrostu sił witalnych. Nie było wówczas sąsiada, który mógłby stawiać mu przez dłuższy czas opór. Los słowiańszczyzny zachodniej wydawał się być przypieczętowany. I właśnie w tym momencie karta się odwróciła. Cesarz zmarł w 814 r. a jego imperium się rozpadło.


NARODZINY ZWIĄZKU

Nazajutrz po rozpadzie Państwa Franków słowiańszczyzna zachodnia wreszcie odetchnęła. Walczący o spadek po Karolu Wielkim sukcesorzy siłą rzeczy nie mieli czasu ani możliwości, aby angażować się na wschodzie. Państwo Karolingów, które mogło w przeciągu następnych 20-30 lat podporządkować sobie rozległe terytoria straciło impet. Wschodnia część powstałego na jego gruzach państwa przeszła do historii, jako Królestwo Wschodnio-Frankońskie. Z czasem zaczęto je nazywać - przynajmniej u nas - Niemcami i pod tą nazwą jest znane do dziś.

Wojny domowe, które wybuchły po śmierci Karola Wielkiego nie wyłoniły na szczęście dla nas jednego następcy. Traktat zawarty w Verdun w 843 r. potwierdził istniejący już de facto podział. Pomimo, że jego sygnatariusze uważali zawarte porozumienie raczej za przejściowe kolejne wojny prowadziły już tylko do zmian granic. Zerwanej jedności nie udało się ponownie przywrócić.

Ludwik Niemiec i jego następcy nie zarzucili jednak polityki prowadzonej wobec Słowian. Gdy stało się jasne, że na zachodzie niewiele już da się osiągnąć najazdy na wschód miały powrócić z dawną siłą. Działo się tak, ponieważ jak już wcześniej wspomniałem zajęcie nowych ziem słowiańskich nie wywoływało żadnych napięć politycznych na zachodzie. Ponadto popierał je kościół licząc na poszerzenie zastępów wiernych a przy okazji swoich zysków. Pretekstu do wojen dawało również powszechne w Niemczech przekonanie o przejęciu przez nie praw do zwierzchności nad tymi ludami słowiańskimi, które ją już wcześniej uznały płacąc trybut Karolowi Wielkiemu.
Właśnie w tym fakcie należy szukać przyczyny ciągłych roszczeń wysuwanych przez Niemcy pod adresem ich wschodnich sąsiadów. Ich zasięg dowodzi moim zdaniem wymownie o tym jak daleko sięgały niegdyś podboje Franków.

Na razie jednak panował względny spokój. Plemiona zamieszkujące dorzecza Łaby, Odry i środkowego Dunaju otrząsnęły się z szoku, jakim były zapewne czasy Karola Wielkiego. Lekcja nie poszła na marne. Po pierwszym okresie buntu wobec obcej zwierzchności nastąpił czas szybkiej reorganizacji struktur państwowych. Jasnym się, bowiem stało, że niewielkie terytorialnie państewka plemienne nie są w stanie przeciwstawić się potędze, która przewyższała je wielokrotnie pod względem siły militarnej. Zapoczątkowana przez Samona idea zjednoczenia nie poszła, w zapomnienie.

Na przeszkodzie budowy jedności politycznej stały jednak silne jeszcze tendencje separatystyczne i demokratyczne wewnątrz plemion. Ludność przyzwyczajona do współdecydowania o swym losie i podnoszenia głosu na wiecach niechętnie patrzyła na oddanie większej władzy w ręce jednego człowieka. Mogło się przecież tak zdarzyć, że nowy kneź otaczając się ludźmi ze swego plemienia, będzie nie tylko dyskryminował, ale wręcz uciskał resztę poddanych. Ponadto scentralizowana władza zawsze ściąga w tej lub innej formie podatki. To czy są one pobierane w naturze czy w brzęczącej monecie jest już sprawą drugorzędną. Obawy te nie były rzecz jasna bezzasadne.
Pomimo to lęk przed kolejnymi najazdami z zachodu zwyciężył. Na północy pomiędzy dolnym biegiem Odry i Łaby powstały dwa związki plemienne. Wysunięty bardziej na zachód Obodrzycki skupiał plemiona zamieszkujące tereny wokół dzisiejszej Lubeki i Wismaru. Głównymi ośrodkami związku były Swarzyn i Stargard. Związek Wielecki kontrolował wyspy Uznam i Rugia oraz tereny położone na południe od nich. Najważniejszym grodem na tym terenie był Radogoszcz.
Nie wiemy nic pewnego na temat struktury władzy wewnątrz związku. Przypuszczalnie wchodzące w jego skład plemiona miały nadal swoich kneziów i zachowały dużą autonomię. Jeden spośród nich był wybierany zapewne na zwierzchnika pozostałych i to na jego barkach spoczywała odpowiedzialność związana z prowadzeniem wojen i polityką wobec sąsiadów. Czy piastował on swój urząd dożywotnio, lub czy jego władza była dziedziczna, tego nie wiemy.

Dalej na południe powstał jednak większy i bardziej scentralizowany organizm państwowy zwany przez historyków Rzeszą Wielkomorawską. Obejmował on obszar Śląska, Małopolski, pas ziemi na zachód od rzeki Bug - Słowację, Czechy, Morawy, północną część dzisiejszej Austrii i Węgier. W jego skład wchodziły też tereny zajmowane przez plemiona serbołużyckie na wschód od rzeki Soławy, czyli dzisiejszej Sali. Dookoła istniały nadal mniejsze państewka plemienne. Jednym z nich był kraj Polan. Obejmował on obszar Wielkopolski, Pałuk i Kujaw. Historii tego państwa przyjrzymy się nieco bliżej z racji tego, że właśnie w efekcie jego rozwoju powstała dzisiejsza Polska.

Wystarczy spojrzeć na mapę, aby zrozumieć, że umacniający się Związek Wielkomorawski stanął przed szansą, podporządkowania sobie wszystkich ziem słowiańskich od Bałtyku po Adriatyk. O sile związku decydował jego nowy dla Słowian sposób organizacji militarnej opartej na wzorcach podpatrzonych u zachodniego sąsiada. Drużyna księcia z przybocznej straży przekształciła się, w stacjonującą po grodowych garnizonach armię. Pilnowała ona granic oraz ściągania danin, których część trafiała do księcia, a reszta zaopatrywała drużynników. Książęta Morawscy przyjęli również chrześcijaństwo widząc w nim słusznie ideologię mogącą umocnić ich niepewną jeszcze władzę. Przyjęcie księcia morawskiego do grona władców chrześcijańskich normalizowało też do pewnego stopnia jego kontakty z resztą zachodniej Europy, a zwłaszcza z Niemcami. Zachodni sąsiad nie mógł już bowiem dłużej usprawiedliwiać napaści koniecznością szerzenia wiary.

Podwaliny państwowości w zachodnim stylu zostały więc położone. Wszystko wskazywało, na to, że państwo wielkomorawskie zdominuje słowiańszczyznę zachodnią. Stało się jednak inaczej. Do Europy przywędrowała ostatnia wielka fala migracyjna kończąca okres wędrówki ludów. Węgrzy, bo o nich tu mowa, z naszego przynajmniej punktu widzenia zmienili historię starego kontynentu. Niebawem po przekroczeniu Karpat uderzyli od wschodu na Związek Wielkomorawski, który rozpadł się w 907 r. jak domek z kart.
Mobilność i siła Węgrów musiała być ogromna skoro nazajutrz po pokonaniu Morawian ruszyli na Niemców. Tu ich ekspansja jednak się zatrzymała pokonani wycofali się z powrotem nad środkowy Dunaj. Cios zadany Państwu Wielkomorawskiemu okazał się jednak śmiertelny. Niektóre z plemion wchodzących w jego skład ponownie się usamodzielniły. Co więcej, tereny samych Moraw zostały tak spustoszone podczas najazdu, że nie odbudowały nawet własnej państwowości. Wreszcie część ziem została na trwałe zajęta przez Węgrów.

Przyczyny i następstwa tak łatwego rozpadu Państwa Wielkomorawskiego nie są przynajmniej w polskiej historiografii szczegółowo omawiane. To nieco lekceważące podejście do tego akurat zagadnienia wydaje się być trochę nie na miejscu. Gdyby w Europie nie pojawili się Węgrzy, lub nie zdołali rozbić związku dziś my wszyscy uważalibyśmy się prawdopodobnie za Morawian i mówili nieco innym językiem. Nazwa Polska nie pojawiłaby się wcale na kartach historii, a państwo Polan podobnie jak Wiślan byłoby znane tylko nielicznym, jako nic nieznacząca efemeryda. Właśnie tak, nasz hymn mógłby dziś brzmieć ,,Jeszcze Morawy nie zginęły póki my żyjemy..." Osobiście jestem całkowicie przekonany, że tak by się stało.

Dlaczego związek jednak się nie odrodził? Spustoszenie samych Moraw było niewątpliwie jednym z decydujących czynników, ale na pewno nie jedynym. Pewnym jest, że wprowadzone przez książąt z Welehradu reformy nie wszystkim przypadły do gustu. Ściąganie danin na potrzeby stale rosnącej armii i administracji musiało być dokuczliwe. Ciążyło to tym bardziej, że z pewnością mieszano skład plemienny drużyn chcąc zminimalizować ryzyko buntu.
Z jednej strony ułatwiało to kontrolę nad wojskiem, z drugiej stacjonujące po grodach garnizony były traktowane przez miejscową ludność jak trochę obce. Ta obcość w połączeniu ze ściąganiem danin i częstymi w podobnych wypadkach gwałtami i nadużyciami musiała budzić zrozumiałe niezadowolenie. Na dodatek nowa religia była jak zawsze w takich wypadkach przyjmowana przez lud niechętnie. Stare zwyczaje wydawały się lepsze a przynajmniej bardziej praktyczne i zrozumiałe. Narzucanie wiary siłą zawsze budzi zresztą opór, zwłaszcza jeśli towarzyszy temu niszczenie dawnych miejsc kultu i znieważenie bogów praojców. Chrześcijaństwo, które po kilku wiekach trwania umacnia wydatnie autorytet władzy na samym początku swej bytności w kraju tylko go osłabiło. Prosty lud nie chciał wierzyć w nowego Boga, a książę narzucający swą wolę siłą nie był chyba szczególnie lubiany. Poza tym tradycja przynależności do państwa zwłaszcza na ziemiach niedawno wcielonych nie była zbyt silna.

Spośród wszystkich ludów dawnego związku na pierwszy plan wysunęły się teraz plemiona czeskie. Nowe państwo objęło tereny Czech, Moraw a także Śląska. Na pewien czas udało się też Czechom odzyskać przynajmniej część Małopolski z Krakowem.
Książęta czescy czuli się spadkobiercami Związku Wielkomorawskiego przejmując po nim ambicję oraz ideę jednoczenia plemion zachodniej słowiańszczyzny. Na realizację tego celu nie pozwalały już jednak siły. Zniszczenia i ofiary w ludziach poniesione najpierw w trakcie najazdu Franków a następnie Węgrów zrobiły swoje. Na dodatek na północy wyrósł nowy silny rywal do tej roli. Było nim państwo Polan.



RYWAL Z PÓŁNOCY

Polanie w odróżnieniu od ludów zamieszkujących strefę zachodniego słowiańskiego pogranicza oraz pas naddunajski przez długi czas pozostawali niejako poza głównym nurtem wydarzeń. Z tych to przyczyn wiemy o nich z dokumentów źródłowych wyjątkowo mało. Ponieważ przez pewien czas graniczyli oni od południa z Rzeszą Wielkomorawską, a pomimo to uniknęli losu Wiślan, musieli być wówczas ludem licznym i bitnym skoro Świętopełk nie dał im rady.

Nie mamy w historii żadnej wzmianki na temat wojny pomiędzy Polanami a związkiem. Można jednak założyć niemal z całkowitą pewnością, że do próby sił doszło. Dążący do poszerzenia swych granic Świętopełk musiał przynajmniej spróbować. Widocznie się nie udało skoro kraj Polan nie tylko się ostał, ale zaczął nawet poszerzać swe granice. Po najeździe Węgierskim role się odwróciły i do ofensywy przeszli Polanie. Zajęli Małopolskę a następnie Śląsk. Ich przeciwnikami byli jednak już wtedy Czesi - spadkobiercy Morawian.
Spójrzmy jednak teraz nieco w głąb dziejów, aby powiedzieć coś więcej o samych Polanach. Jak wcześniej wspomniałem, źródeł pisanych nam brak. Pozostaje nam tylko bazować na informacjach późniejszych, legendach i logice. Pierwszą wzmiankę dotyczącą genealogii Piastów znajdujemy w kronikach Galla Anonima. Wymienia on przodków Mieszka I, a także zawiera domysły na temat przewrotu, który miał miejsce, gdy Piast sięgał po tron.
Wymienieni przodkowie to Piast, Ziemowit, Leszek i Ziemomysł. Co do najstarszego z nich, czyli Piasta panuje wśród badaczy jednak pewne zamieszanie. Uważa się, bowiem i raczej słusznie, że Piast to nie imię, lecz tytuł oznaczający nauczyciela - wychowawcę, czyli właśnie piastuna (P. Jasienica, Polska Piastów, Warszawa 1966, s. 47-48) W tym wypadku należy ich zdaniem skrócić rodowód Mieszka i traktować Ziemowita i Piasta, jako jedną i tę samą osobę. Mamy, więc Ziemowita Piastowica albo Ziemowita Piastuna. Pomysł to dobry, choć może się okazać nietrafiony z jeszcze innego powodu. Mogło się, bowiem tak zdarzyć, że przydomek Piast tak przylgnął do ojca Ziemowita, że po kilku pokoleniach nikt już nie pamiętał jego prawdziwego imienia. Rola przydomków w tamtych czasach była, bowiem ogromna. Wymienię tu tylko kilka późniejszych i najbardziej znanych, Chrobry, Krzywousty, Laskonogi, Brodaty, Stary, Wygnaniec.

Jak więc widzimy dowolność panująca w tym zakresie jest duża. W powyższych wypadkach wiemy jednak dokładnie, o kogo chodzi, co do Piasta pewności nie mamy. Ja osobiście stawiałbym jednak na to, że Piast był ojcem Ziemowita. Tak, więc przeniósłbym rodowód dynastii o pokolenie wstecz. Rozstrzygając ten problem raczej intuicyjnie stajemy przed kolejnym, a mianowicie jak oszacować długość rządów poszczególnych władców a tym samym początek dynastii.
Trudność w tym względzie polega też na tym, że praszczurowie nasi, jako poganie mogli mieć po kilka żon a tym samym liczne potomstwo. Na swego następcę obierali, więc niekoniecznie najstarszego, lecz ich zdaniem najodpowiedniejszego do tej roli. Możliwości mamy więc dużo. Jeśli przyjmiemy średni okres rządów każdego władcy na 20 lat i cofniemy się o cztery pokolenia przed Mieszka otrzymamy oczywiście inną datę niż w wypadku 15 lub 10 lat. Jakiś sposób kalkulacji przyjąć jednak trzeba.

Ponieważ wiemy, że Mieszko przyjął chrzest w 966 r. datę tę możemy traktować, jako wyjściową. Załóżmy, że panował on już wówczas 10 lat. Dwaj jego przodkowie panowali po 15 lat a pozostali po 20. Łącznie możemy się, więc cofnąć o 80 lat licząc od roku 966. Tym sposobem przenosimy się dość pewnie w rok 886. Jesteśmy, więc w okresie szczytu potęgi Państwa Wielkomorawskiego za Świętopełka 871-894. Cóż jednak z tego wynika? Czy przejęcie rządów przez Piastów miało jakiś z nim związek?

W tym miejscu musimy się już odwołać do legend a konkretnie tej traktującej o Piaście Kołodzieju i Popielu, czyli dotykającej bezpośrednio państwa Polan. Podania ludowe dotąd przeważnie lekceważone przez historyków zawierają bowiem, zawsze jakieś odbicie lub choćby cień prawdy. Perspektywa czasu zniekształciła ją oczywiście i spłyciła, jednak echo przeszłości nadal jest tam obecne. Nic to nie szkodzi stykając się z tego typu materiałem zawsze musimy zakładać pewną dozę nieścisłości. Z braku innych źródeł, chcąc nie chcąc, musimy się zresztą nimi posiłkować. Legenda o Piaście Kołodzieju znana jest szerzej z komiksów i ,,Starej Baśni"( J.I. Kraszewski, Stara Baśń, Warszawa 1950).

Cóż, zatem pojawia się jako tło, a dla nas może najistotniejszy wątek w całym tym podaniu? Jest nim nowy wprowadzony przez Popiela sposób sprawowania władzy oraz nowa religia. Wszystko, o czym wcześniej wspominałem przy okazji przemian w strukturach plemiennych wraca tu z wyolbrzymioną przez ludzkie emocje siłą. Centralizacja władzy odbywa się poprzez mord krewnych, łamanie praw wspólnoty i rozboje. Wszystko to w połączeniu z groźbami obalenia dawnych bogów spycha kraj na krawędź wojny domowej.
Niezależnie od tego ilu historyków oburzy się na to stwierdzenie powtórzę ponownie. Legendy dają nam pewien wgląd w naszą przeszłość. Mówiąc to mam na myśli w tym konkretnym wypadku przede wszystkim napięcie towarzyszące tak głębokim przemianom społecznym i religijnym oraz wywołane nim nieuchronne odruchy buntu. Co jednak popchnęło Popiela do wprowadzenia zmian, które zaowocowały wojną domową i jego upadkiem? Czy był on jak chce legenda tylko okrutnikiem i pijakiem, czy może przebiegłym politykiem, któremu zabrakło po prostu sił i szczęścia?

Aby to zrozumieć cofnijmy się jeszcze raz nieco przed rok 886, czyli do czasu jego rządów. Gdy Popiel władał krajem Polan, w jego skład wchodziły najpewniej plemiona Wielkopolan, Goplan (Kujawiaków) i Pałuczan. Nie wiemy jak doszło do zjednoczenia. Fakt, że stolicą była leżąca nad Gopłem Kruszwica jest jednak wymowny. Być może państwo to nazywano wówczas nawet krajem Goplan. Popiel przejął władzę, jako kolejny z rodu Leszków, który jak wszystko na to wskazuje rządził od pokoleń najpierw plemieniem a potem państwem. Jego władza nie była jednak najprawdopodobniej dziedziczna, przynajmniej tak wynika pośrednio z legendy. Sam został najpewniej wcześniej wybrany spośród kilku członków rodu. Pretendentów do objęcia po nim schedy było też zapewne, co najmniej kilku.
Sam Popiel miał przyjąć chrześcijaństwo. Nie wiemy jednak nic o ewentualnej działalności misyjnej wśród poddanych. Legenda wspomina, że jego żoną była Niemka. Miał dwóch synów, ale obaj wychowywali się u dziadka za Łabą.

Obraz, jaki ukazuje się naszym oczom jest, więc tak naprawdę niezwykle logiczny. Władca Goplan stanął od początku swego panowania wobec problemu, z którym nie musieli się borykać jego poprzednicy. Oto u jego południowych granic wyrosło silne i rozległe Państwo Wielkomorawskie. Jego władcy wyznawali nową nieznaną mu religię i narzucali ją swoim poddanym jak i ludom podbitym. Popiel zapewne wiedział, jaki los spotkał możnego księcia Wiślan, który odrzucił wezwanie do dobrowolnego nawrócenia. A może wiedział coś jeszcze? Może Świętopełk złożył księciu Wiślan propozycję nie do odrzucenia w imieniu samego papieża otrzymawszy wcześniej mandat zezwalający na nawracanie wszystkich Słowian?
Tego można się tylko domyślać. Jeśli tak rzeczywiście było Popiel musiał działać. Niezależnie, że zapewne podziwiał siłę sąsiada z południa, przede wszystkim się go obawiał. Za sprawą swej żony zaznajomił się z chrześcijaństwem jak i sposobem rządzenia, który ukształtował się na zachodzie. Zdawał, więc sobie sprawę ze stawki, o którą toczy się gra. Gdyby Morawianie nie opierali się o jego południowe granice działałby zapewne roztropniej. Na to nie było jednak czasu. Zdecydował się, na przyjęcie chrztu z Niemiec. Zrobił to, ponieważ w ten sposób zwiększały się jego szanse na pomoc z zachodu w wypadku ewentualnej wojny. Ponadto nie musiał już przyjmować nowej wiary od Morawian i wikłać się w zależność od Świętopełka. Nie zapominajmy o tym, że w tym czasie od Niemiec oddzielali go Słowianie Połabscy, a Związek Wielkomorawski stał u bram. W jego oczach zagrożeniem nie byli Niemcy, lecz Morawianie i temu dopustowi bożemu musiał stawić czoła w pierwszej kolejności.

Nie było czasu na urabianie rodziny. Próba porozumienia została zresztą podjęta. Jaki był wynik negocjacji wiemy jednak z legendy. Widocznie krewni byli zbyt przywiązani do starych bogów, możliwe też, że widzieli szansę na zagarnięcie władzy dla siebie. A może nie chcieli po prostu ograniczyć zasady dziedziczenia do synów Popiela. Tak czy inaczej kości zostały rzucone. Przemoc zrodziła opór. To, co zostało wprawione w ruch nie dało się już zatrzymać. Kmiecie i pozostała przy życiu część rodziny zwołali wiece. Zarzewie buntu zostało rozniecone. Książę znalazł się teraz w niewygodnej sytuacji. Starych bogów o pomoc prosić już nie wypadało. Nowy w jego kraju był jeszcze bezsilny. Nie było, bowiem popierającego go kleru ani armii dusz. Jeśli najbliżsi poplecznicy i dwór przeszli na nową wiarę to i tak nie była to siła mogąca zaważyć na losach wojny. Jedyną nadzieją była szybka pomoc od teścia zza Łaby.
Niemcy byli jednak daleko, a bunt rozpalił się na dobre we własnym domu, Morawianie czekali u granic. Sytuacja wyglądała na niewesołą i rzeczywiście taką była. Wojna domowa trwała krótko. Kruszwica została zdobyta, a Popiel i jego poplecznicy oddali życie broniąc nie tyle nowej wiary, co władzy. Odsiecz z zachodu przyszła za późno i była już w zasadzie najazdem mającym na celu osadzenie na tronie zniemczonych synów Popiela. Buntownicy byli jednak zbyt silni. Najazd odparto. Stara wiara ostała się.

Pozostaje tajemnicą, dlaczego Świętopełk nie skorzystał z zamieszania i nie uderzył na północ. Może sam borykał się akurat z buntem części dopiero co nawróconych poddanych? Być może jednak przyczyna była inna. Popiel biorąc sobie żonę, a następnie przyjmując chrzest z Niemiec zabiegał zapewne o tamtejszą opiekę. Książę Moraw nie mógł walczyć przeciw takiej sile. Tak, więc niechcący, przeklinany przez wszystkich Popiel oddał krajanom niespodziewaną i może najważniejszą przysługę. Układ zawarty z Niemcami powstrzymał najazd. Morawianie musieli poczekać na sposobniejszy moment. Przynajmniej do chwili, aż ustaną roszczenia popieranych przez Niemców synów Popiela. Czas płynął jednak nieubłaganie.

Nowy kneź Goplan okazał się człowiekiem sprytnym. Chcąc bliżej związać wchodzące w skład swego państwa plemiona zbudował w Gnieźnie nową stolicę. Jej położenie wskazuje, że kreował się na ojca wszystkich swych podanych. Prawdopodobnie od tego momentu zmieniła się też potoczna nazwa kraju. Zamiast Goplan pojawili się Polanie. Piast będąc władcą udawał jednocześnie demokratę. Chodził w prostym stroju, szanował tradycję, oddawał cześć starym bogom. Być może nawet zwoływał od czasu do czasu wiece. Jedyne, co udało mu się zachować lub nawet umocnić, jeśli chodzi o swą władzę to zasada dziedziczenia tronu. Cokolwiek byśmy o Piaście nie powiedzieli jego talent polityczny i charyzma musiały być bezsporne skoro zdołał utrzymać jedność kraju i obronić go przed najazdem.
Taki moim zdaniem jest rzeczywisty przekaz historyczny ukryty w starej legendzie o Popielu, którego zjadły myszy. Jeśli użyte powyżej sformułowania są dla kogoś zbyt śmiałe i niepoparte faktami niech sam spojrzy na mapy ukazujące słowiańszczyznę zachodnią w omawianym okresie (Atlas Historyczny.., op. cit., s. 38-39) i przedstawi jakąś inną spójną teorię.

Wkrótce potem ok. 896 r. na południe od Karpat wtargnęli Węgrzy. Niebawem pod ich naporem rozpadł się Związek Wielkomorawski. Czechy, które w IX i X wieku ponownie próbowały zjednoczyć ziemie wchodzące w skład dawnego związku, nie były już jednak w stanie pokonać rosnącego w siłę państwa Polan. Próba sił pomiędzy sąsiadami przerodziła się stopniowo w walkę o dominację nad coraz to bardziej okrojoną zachodnią słowiańszczyzną. Podczas rządów Bolesława Chrobrego wyraźną przewagę zdobyła w niej okresowo Polska zajmując w 1003 r. całe Czechy. Nasze rządy w Pradze trwały tylko rok. Nieco dłużej, bo do 1018 r. władaliśmy Morawami i Słowacją.

Świadomość przynależności plemion do odrębnych struktur państwowych rosła bowiem przekształcając się potem stopniowo w więź narodową. Chrobrego w Pradze nikt nie chciał. Podobna niechęć do Czechów panowała w Polsce. Gdy ostatni przedstawiciele dynastii Przemyślidów zasiadali w XIV wieku na krakowskim tronie mówiono już tylko o unii personalnej a nie o tworzeniu nowego zjednoczonego państwa. Co więcej w polskiej historiografii traktuje się tych władców po macoszemu, niemal jak okupantów. Sposób to myślenia o tyle dziwny, że w późniejszej przecież polityce dynastycznej Jagiellonów widzimy zaprzepaszczoną szansę na zjednoczenie środkowej Europy. Jak więc widać punkt widzenia zależy od miejsca siedzenia.


PODSUMOWANIE

Mam nadzieję, że to krótkie i uproszczone siłą rzeczy opracowanie przybliżyło nieco najdawniejszą historię tak Polski, jak i zachodniej słowiańszczyzny. Pisząc je stawiałem sobie przede wszystkim za cel ukazanie trudności, z jakimi boryka się historyk chcąc zinterpretować najstarszą przeszłość naszego narodu. Wszystko tu wydaje się być płynne i zależne bardziej od oceny badacza, niż ma to miejsce w wiekach późniejszych, gdzie ilość materiałów podlegająca interpretacji jest większa a czas bardziej nam współczesny. Łatwiej wtedy, bowiem wniknąć do umysłów ludzi, których czyny opisujemy i zrozumieć ich poczynania.
Starałem się też ukazać przyczyny pewnego dystansu a nawet niechęci, która cechuje stosunki polsko-czeskie. Jak widać fundamenty ich są głębokie. Sięgają one tych zamierzchłych czasów, gdy państwowość dopiero się kształtowała. Na terenach dzisiejszego państwa czeskiego ukształtowało się, wówczas pierwsze większe państwo słowiańskie. W oparciu o tę ideę polityczną rozwinął się następnie Związek Wielkomorawski. Spadkobiercą związku były natomiast bardziej nam współczesne Czechy.
Nie dziwmy się, więc, że w czasach Bolesława Chrobrego Czesi nie chcieli czuć się jego poddanymi. Tradycja odrębnej państwowości była na południe od Sudetów już wcześniej utrwalona, a wraz z nią ukształtowało się też zapewne pojęcie dumy. Nie była to jeszcze, co prawda duma narodowa, lecz raczej plemienna. Pradziadowie Czechów odczuwali zapewnie jednak rodzaj wyższości w stosunku do plemion ościennych.

Dalsza ewolucja kontaktów polsko-czeskich jest już lepiej znana. Opierając się na niej, a nie sięgając wstecz do pradziejów obu narodów nie zrozumiemy jednak, czemu książę Wratysław II koronował się w 1085 r. na króla Czech i Polski domagając się od Władysława Hermana uznania swego zwierzchnictwa. Nie rozumiemy też naszej niechęci dla wspomnianych wcześniej królów z dynastii Przemyślidów zasiadających na polskim tronie. Kres ich panowania w Polsce miał zresztą dla obu narodów pewien symboliczny wymiar. Skrytobójczy mord Wacława III w 1306 r. kończy ostatecznie marzenia o połączeniu obu krajów w rodzaj trwałej wspólnoty. Myślę jednak, że szans na zjednoczenie wówczas już nie było. Tradycja państwowa wyrosła na bazie wzajemnej rywalizacji nie dała się pogodzić z ideą unii. Na nieszczęście zabójstwo króla było też kresem dynastii Przemyślidów, czego Czesi nie chcą nam zapomnieć. Niedługo potem, bo w 1370 r. odszedł ostatni król z dynastii Piastów. Można, więc powiedzieć, że skończyła się cała epoka w trakcie, której formowały się zręby słowiańskich narodów Europy środkowej.

Generalizując można przyjąć, że z czeskiego punktu widzenia państwo Polan odegrało rolę niewdzięcznego sąsiada. Nie dość, że nie dało się przyłączyć do związku to jeszcze wykorzystując inwazję Węgrów zajęło potem część jego północnych terytoriów. Echem tych wydarzeń były ciągnące się przez całe średniowiecze spory o Śląsk. Rywalizacja trwała długo, a po niej przeszła kolej na obojętność i niechęć. W międzyczasie Czechy popadały coraz bardziej w zależność od Niemiec.
Gdy w 1618 r. Czesi podnieśli bunt przeciw Habsburgom wydawało się, że nasz południowy sąsiad się odrodzi. W dwa lata później armia Czeska została doszczętnie rozbita pod Białą Górą. Brutalna rzeź, jaka miała potem miejsce doprowadziła do tego, że naród czeski, w znaczeniu elit kulturalnych i politycznych zniknął z mapy Europy. Późniejsze XIX - wieczne odrodzenie nastąpiło już w oparciu o kulturę ludową, która choć przygaszona oczywiście przetrwała.
Polska tym wydarzeniom nie przyglądała się biernie. Silny odział lisowczyków walczył po cesarskiej stronie przyczyniając się walnie do klęski Czechów. Te bardziej nam współczesne relacje polsko - czeskie muszą być jednak przedmiotem oddzielnej analizy. W każdym razie w 1620 r. nie stanęliśmy do walki o wolność naszą i waszą, a Czesi lali krew osamotnieni. Polska jazda przyczyniając się do ich porażki dopomogła w jakimś sensie naszemu przyszłemu zaborcy. Do dziś miejsce bitwy pod Białą Górą jest otaczane szczególną czcią. To takie czeskie Termopile.

Co ciekawe, duch rywalizacji przetrwał również w dobie rozbiorów. W czasach Monarchii Austrowęgierskiej Czesi i Galicjanie rywalizowali o wpływy na cesarskim dworze. Odzyskaniu niepodległości przez oba kraje po zakończeniu I wojny światowej towarzyszył spór o Śląsk Cieszyński będący dalekim echem walk o kształt granic po rozpadzie Rzeszy Wielkomorawskiej.
Autor: Jarosław Zwoliński
Komentarze czytelników:
Autor: as
Dodano : 2009-12-10 14:50:59
Świetny artykuł. Wyczerpujący i ciekawy.rnNie zgodzę się jedynie z jednym. To nie demokracja jest pierwotną formą rządów. Zawsze jednowładztwo. Państwo to taka wielka rodzina. W rodzinie zawsze rządził senior i z pewnością ten mechanizm był przenoszony na plemiona i państwa. Próby zmiany na demokratyczną formę z pewnością były, ale jak pokazuje historia: w 8 tys lat cywilizacji tylko 300 to przewaga demokracji.
Autor: oem
Dodano : 2009-12-15 00:01:18
ciekawy artykuł
Autor: Karolina
Dodano : 2010-02-25 21:15:56
jak dla mnie to za długie i nie chce mi się czytać
Czekamy na Twój komentarz do artykułu.
Treść komentarza
Podpis


Wróźby on-line tarot